|
o2.pl: Armia się promuje. Kiepsko
Minister Klich ogłosił, że tegoroczny pobór do wojska będzie ostatnim. Potem już armia będzie musiała radzić sobie sama z przyciągnięciem w swe szeregi ludzi chętnych do biegania z karabinem po polu. Od kilku już lat w biurach prasowych MON trwają prace nad kampaniami promocyjnymi, które mają zachęcić młodych ludzi do wstąpienia w szeregi armii. Efekty tych wysiłków są jednak tragiczne. Przykład Brytyjczyków i Żydów Kilka lat wstecz ogromną popularnością cieszyła się zamówiona przez siły zbrojne Wielkiej Brytanii kampania reklamowa. Założenie tego przedsięwzięcia było proste – trzeba przyciągnąć w szeregi armii ludzi młodych, inteligentnych, odważnych, myślących niekonwencjonalnie i energicznych. Poszukiwano ich w dużych miastach w grupach społecznych, które nie miały przed sobą zbyt dobrych perspektyw - wśród robotników, niższych urzędników i niezamożnych studentów. Kampania miała charakter aspiracyjny i przekonywała ludzi, że skoro prawidłowo odczytali przesłanie zawarte na plakatach, to znaczy, że nadają się do wstąpienia do armii i będą tam mile widziani, nagradzani solidną pensją i awansowani. Nie trzeba długo rozwodzić się nad skutecznością tej akcji, wystarczy porównać żołnierzy brytyjskich i polskich. W podobny sposób zachęca się do pobytu w wojsku w Izraelu. Tam służba jest obowiązkowa, ale najlepsi mają szansę zostać w niej na stałe. Wielu z zawodowych oficerów, którzy kończą karierę w wieku 35-40 lat, rozpoczyna potem drugie życie z zasobnym portfelem. Ludzie ci przy rekrutacji podlegają bardzo surowej selekcji. Kraj ich potrzebuje i muszą być to najlepsi żołnierze, jakich zna świat. Kampania MON w Polsce Nie wiadomo dokładnie, jaki cel przyświecał pomysłodawcom polskiej kampanii promującej armię, nie wiadomo dokładnie, jaka jest pozycja rynkowa agencji, która ją przygotowywała. Gdy się patrzy na porozwieszane (głównie w małych miasteczkach) plakaty, wiadomo właściwie tylko jedno: budżet był zbyt mały. Być może jednak budżet był odpowiedni, ale został podzielony zgodnie z jakimiś wytycznymi, które uwzględniały wszystko, tylko nie skuteczność owej kampanii. Jak to wygląda? Otóż w najgorszych, najbardziej ciemnych i mało wyeksponowanych miejscach, w miastach takich jak Grodzisk Mazowiecki i Dęblin wiszą plakaty, na których widzimy ustawionych w szeregu trzech mężczyzn. Jeden z nich ma na sobie husarską zbroję, drugi mundur szwoleżerów gwardii Napoleona I, a trzeci współczesny mundur żołnierza polskiego. Naprzeciwko tych trzech, nie wiedzieć czemu zafrasowanych panów stoi młoda dziewczyna z włosami w kolorze blond. Pani owa ma w oczach niezrozumiały intelektualny bezwład. Nad ową grupą obcych sobie ludzi, jak można wywnioskować z ich strojów (pani jest w koszulce całkiem współczesnej) możemy przeczytać hasło, które wywołuje uśmiech: "zawód żołnierz od zawsze atrakcyjny". Wypuszczenie tej bzdury na światło dzienne może mieć dwie przyczyny. Po pierwsze zatrudniona agencja nie ma pojęcia, na czym polega reklama i dlaczego w ogóle armia chce się promować. Po drugie ludzie, którzy zamówili tę promocję, czyli jakieś fisze w MON, wywierali na agencję naciski, aby kampania odpowiadała ich wyobrażeniom o tym, jaki powinien być kandydat na polskiego żołnierza w XXI wieku. Obydwie przyczyny (nieważne, która jest prawdziwa) bardzo wiele mówią o stanie polskich sztabowców. Zastanówmy się, jaki powinien być żołnierz według MON. Powinien pochodzić z małego miasteczka, takiego do 20 tysięcy mieszkańców. Powinien spędzać czas w miejscach zakazanych i brudnych, gdzie wagarowicze piją tanie wina po ucieczce z lekcji albo gdzie odpoczywają zasikani po pachy pijacy, tam bowiem można zauważyć plakaty reklamujące wojsko polskie. Żołnierz ten powinien być niski, bo żeby przeczytać to, co jest napisane na tym plakacie, trzeba się pochylić albo przykucnąć, nie wiszą one bowiem zbyt wysoko. Kandydat na żołnierza powinien mieć jeszcze całkowicie rozregulowane życie osobiste, powinien bać się kobiet i tęsknić do kogoś lub czegoś, co mu kontakty z kobietami ułatwi. Tym czymś ma być armia. Oczywiście można zawsze powiedzieć, że i tak do wojska wstąpią ludzie, którzy nie mogą znaleźć pracy, i po problemie - nie będzie kłopotów kadrowych. Tylko czy armii potrzeba nieudaczników, którzy do trzydziestki siedzą na utrzymaniu matki? Sam nie wiem. Co prawda w internecie na stronie www.wojsko-polskie.pl jest dalsza część tej kampanii, ale są to po prostu linki do stron szkół oficerskich oraz informacje o tym, co należy zrobić, żeby zostać żołnierzem. To znaczy, trzeba się skontaktować z WKU, potem złożyć dokumenty, aha - jeszcze wcześniej dowiedzieć się, czego kandydat na żołnierza chce naprawdę: odbywać służbę na lądzie, na wodzie czy w powietrzu. Całość nazwana jest drogą siedmiu kroków, kiedy kandydat ją przejdzie, otrzyma nagrodę w postaci pensji, zakwaterowania i wyżywienia, a także darmowej nauki języków obcych. Nie wydaje się możliwe, żeby armia rzeczywiście potrzebowała ludzi, do których adresuje ten przekaz. Armia potrzebuje ludzi, którzy potrafią odnaleźć drogę do Szkoły Podoficerskiej w Dęblinie sami, bez pomocy siedmiu kroków. Pozostaje mieć nadzieję, że będą jeszcze kolejne kampanie, które zachęcą ludzi do zostania żołnierzami, i że nie będą to kampanie infantylne i adresowane do leniwych i ospałych umysłowo amatorów taniego wina. Gdzie szukać żołnierzy? Rok temu MON rozpoczęło pierwszą w historii tej instytucji kampanię marketingową. Była to akcja pod hasłem: "Tradycja zobowiązuje". Przekaz adresowano do szkół podstawowych i gimnazjów. Dzieci otrzymywały ulotki, rozlepiano plakaty, na których widać było głównego bohatera tej kampanii - nastoletniego żołnierza wojny polsko-bolszewickiej Władka Jeziorowskiego, dekorowanego medalem przez Józefa Piłsudskiego. Myśl, aby zarazić młodzież patriotyzmem, jest być może słuszna. Tylko czy dzieciaki cokolwiek zrozumiały z tego przekazu? Przecież chodzi o jakąś zamierzchłą wojnę z czasów, kiedy nie było jeszcze telewizji i komputerów. Bohaterski chłopiec walczył z wrogami Polski, ale dziś - przecież wbija się to dzieciom do głów codziennie - Polska nie ma wrogów. Czy warto więc promować armię wśród dzieci w taki właśnie sposób? Trzeba jednak powiedzieć jasno, że ta poprzednia, skierowana do dzieci, akcja marketingowa była o wiele lepsza niż obecna, adresowana nie wiadomo do kogo i fatalnie wykonana. W poprzedniej kampanii wydrukowano ponad 30 tysięcy plakatów i ulotek, których treść pokrywała się z tym, co zamierzano przekazać. W szkołach odbywały się pogadanki na temat patriotyzmu, służby wojskowej i zadań, jakie stoją przed żołnierzami w dzisiejszych czasach. W promocji przeznaczonej dla młodzieży brały udział lokalne garnizony. Obecna kampania jest wstydliwie ukrywana w zakamarkach małych miasteczek. Trzeba jednak mieć nadzieję, że armia skorzysta w końcu z usług profesjonalistów, które oczywiście kosztują i mogą być nie do końca zrozumiałe dla wojskowych starej daty lub dla tych, którzy poza służbą nie widzą świata. Armia powinna skorzystać z tych usług, jeśli chce przyciągnąć do wojska ludzi pewnych siebie i znających swą wartość, a nie niezdecydowanych mięczaków, dla których zachętą ma być tępawa blondynka. Rafał Majchrzak Zapraszamy do komentowania artykułu Wypowiedz się na forum o2.pl Więcej informacji: |
|
|